Jadwiga Król walczy o równy status kobiet i mężczyzn

włącz .

Jak chcecie zmian, dziewczyny: wolności, równości i szczęścia, to musicie działać, najlepiej - politycznie. Jeśli nie chcemy, by nami rządzili, musimy rządzić same. Z Jadwigą Król* rozmawia Magdalena Środa

Czym jest dla ciebie macierzyństwo?

Wielką miłością, zatraceniem w drugim człowieku, przywilejem kobiet, które dzięki takiej miłości posiadają cel i czują radość, że im coś rośnie. No bo dziecko - jakkolwiek by było - rośnie.

Nie sądzisz, że jest coś takiego jak przymus macierzyństwa? A w każdym razie przymus tego, co nasza kultura za macierzyństwo uważa?

Nie, absolutnie nie, to znaczy dla mnie - nie. Może mnie tak wychowano?

Jak ciebie wychowano?

Tradycyjnie. Mama przy dzieciach, ojciec żył własnym życiem.

To znaczy?

Pracował, pił i bił.

Piękna tradycja, a z których regionów Polski?

To chyba nie ma znaczenia, wszędzie tak jest, ale pochodziliśmy z Białorusi, z miejscowości Świr koło Mińska, to znaczy rodzice stamtąd pochodzili, ja urodziłam się w Zgorzelcu, dokąd przenieśli się po wojnie. Tata był w wojsku, przeszedł z armią cały szlak aż do Berlina. Może dlatego pił, ze stresu, z wojny. I bił, żeby ten stres i tę wojnę odreagować.

Bolało?

Mnie nie tykał. Ja byłam od leczenia ran, tych fizycznych i tych psychicznych.

Ukochaną córeczka potwora?

Nie był potworem, nie zdawał sobie z tego sprawy, pewno jego też bili, wokoło chyba większość facetów to robiła. To było jakoś normalne.

Nie buntowałaś się?

Stawałam w obronie rodzeństwa i mamy.

Broniłaś ich za pomocą piąstek?

Nie. Uspokajałam tatę, brałam go za rękę, kładłam do łóżka, usypiałam. Słuchał mnie. Tylko mnie.

Całe życie w tym Zgorzelcu?

Gdy w regionie zaczęto zakładać kółka rolnicze, ojciec przestraszył się, że to kołchozy. Wspomnienie z Białorusi było tak silne, że prawie natychmiast przenieśliśmy się na drugi koniec Polski. Do Elbląga. Straszne miasto, było prawie całe zburzone i biedne. Dziś jest piękne!

Tata się uspokoił? Wojna się skończyła, z kołchozów w Polsce zrezygnowano, sielanka?

Nie. Jeszcze częściej zaglądał do kieliszka i coraz częściej nie było go w domu. Pracował przy robotach ziemnych, jeździł po Polsce, mama pracowała w zakładach odzieżowych i nas utrzymywała.

Mama, która była wzorem macierzyństwa. Tak, chodziła głodna, byśmy mieli co jeść. Macierzyństwo heroiczne. Dla mnie to było macierzyństwo normalne, też taka byłam, gdy urodziłam dzieci.

A co było najważniejsze w młodości?

Przyjaźnie! Ludzie jakoś do mnie lgną, zwierzęta zresztą też, żaden pies jeszcze mnie nie ugryzł.

Należałaś do harcerstwa?

A gdzież tam?! Ja pracowałam w domu, sprzątałam, prałam, prasowałam, gotowałam, gdy mama była w pracy, robiłam wszystko za nią, dzień za dniem.

A rodzeństwo?

Mam dwóch braci, a chłopców zawsze się oszczędzało. Ja prałam, oni latali na basen. Ja sprzątałam, oni grali w piłkę. Wszyscy uważaliśmy, że to normalne.

Nigdy nie zbuntowałaś się?

Raz. Pamiętam, jak walnęłam jednego garnkiem z zupą. Czułam, że coś jest nie tak. Domowa niesprawiedliwość bardzo mnie dotknęła, ale tylko raz. Za to męża chciałam mieć dobrego, spokojnego.

I znalazłaś takiego?

Tak i szybko wyszłam za mąż. Za szybko. Wszystko się powtórzyło. Mąż był wielkim nieobecnym; ale nie pił, kształcił się, robił jedne studia za drugimi, a ja trwałam w domowej roli: prałam, gotowałam, sprzątałam i rodziłam dzieci. Trójka dzieci to był mój świat, tak jak mojej mamy.

Nie mogłaś przesterować tego związku na bardziej partnerski?

To się łatwo dziś mówi, a ja wtedy nie miałam innych wzorców! Poza tym mąż nie był agresywny, zarabiał, nie bił, tylko

Tylko?

Nie miał ze mną kontaktu, nie rozmawiał, nie interesował się moimi sprawami, lekceważył je. Po latach odbierałam to jako przemoc psychiczną, gorszą od fizycznej. Między nami była pustka, nic, bo ja byłam dla niego pustką, niczym. To gorsze niż bicie, w biciu są emocje, jakieś wyrafinowane ''zainteresowanie'' dla drugiej osoby, a mój mąż zainteresowania nijakiego dla mnie nie miał, na każde pytanie mówił: ''Co ty właściwie chcesz?''. Czułam się gorsza, samotna, nieważna, upokorzona. Zaczęłam chorować, chudłam, ginęłam w oczach, świrowałam. Lekarze twierdzili, że wszystko jest OK. W końcu poszłam do psychologa. Powiedział mi: ''Musi się pani uwolnić z tego związku, bo toksyczny''.

Zaufałaś psychologowi?

Nie miałam wyboru, szukałam światła w tunelu, on mi je pokazał. Na początku nie wierzyłam, że to realne światło, ale zdecydowałam się.

Rozwieść się, gdy nie pije, nie ma kochanki i nie bije, to akt odwagi! Jakaś ekstrawagancja zgoła.

Owszem, w mojej rodzinie nikt się nie rozwodził, tradycyjne role były traktowane jako naturalne i święte. Więc się nie rozwiodłam, myśmy się rozdzielili po 28 latach. Moje dzieci były już wtedy dorosłe, pracowały. Mąż się wyprowadził

To jakiś cud!

Wiem, ale mąż jest bardzo dobrym człowiekiem.

Widujesz się dziś z nim?

Tak, w pewnym sensie przyjaźnimy się, teraz mogę liczyć na jego pomoc i zrozumienie.

Tłumaczysz to sobie jakoś?

Myślę, że docenił moją odwagę, a po latach uznał mnie za partnerkę. Bo ja już jestem inną osobą.

Jak inną?

Radykalnie. Po rozstaniu założyłam firmę, pomogli mi przyjaciele, zaczęłam zarabiać. Z powodu dzieci nie skończyłam studiów, pracowałam w budownictwie, założyłam więc sklep z wyposażeniem łazienek, był popyt, niezłe zarobki. Kobieta potrafi. No ale dopadł mnie nowotwór. To, że trafiłam do szpitala we właściwym momencie i właściwym miejscu, to też zasługa przyjaciół. Musiałam jednak przejść na rentę, zwolniłam obroty, firma padła.

Na niskich obrotach to ty długo nie mogłaś wytrzymać

Fakt. Poszłam w ''małą'' politykę. Wciągnęłam się w działalność Unii Pracy i wystartowałam w wyborach samorządowych. Dali mi piąte miejsce na liście. Kwiatek do kożucha, żeby jakaś kobieta była. Wiedziałam o tym, ale nie narzekałam. I tak dostałam się do sejmiku i zostałam radną.

Przebiłaś wszystkich?

Tak. Już przed wyborami zaczęłam być popularna. Zaangażowałam się na poważnie w działalność amazonek, budowałam kontakty między różnymi organizacjami, również tymi ze Wschodu, to znaczy z okręgu kaliningradzkiego. W sejmiku pracowałam w komisji ds. współpracy międzynarodowej. Zaczęłam jeździć do Kaliningradu. Tamtejsze kobiety miały jeszcze gorzej niż my. Żadnej pomocy, żadnej profilaktyki, rehabilitacji, poczucie niepełnosprawności, ułomnej kobiecości, jakiegoś wstydu Trzeba pomagać! Zaprosiłyśmy je na spotkanie z ministrem zdrowia, dzięki czemu zaczęto się bardziej z nimi liczyć w obwodzie.

Kontakty przetrwały do dziś?

O tak! Poszerzyły się. Teraz nasz sejmik współpracuje również z amazonkami z Kijowa. Pierwszy marsz amazonek w Kijowie odbył się we współpracy z nami.

Skuteczna jesteś!

Nie bez pomocy innych. Spotykałam dużo przychylnych mi ludzi. Również tych u władzy. To marszałek dofinansowuje naszą współpracę z Kijowem. Kiedyś zwrócił się do mnie jego pełnomocnik, by utworzyć w Elblągu ośrodek odwykowy dla narkomanów, dla młodzieży. Ośrodek powstał. Wyprosiłam go, wymęczyłam, wynegocjowałam prawie milion. To mój wielki sukces. Udzielam się również aktywnie w Polskim Związku Niewidomych.

Dlaczego akurat tam?

Bo wychowuję niewidomego wnuka.

Ty? Nie twoje dziecko?

Córka urodziła chłopca, który od początku wydawał mi się dziwny. Lekarze jednak mówili, że dziecko jest zdrowe, a ja jestem ''nadwrażliwą, histeryczną babcią''. Ale on nie reagował jak wszystkie dzieci, które znałam, a przecież mam fioła na punkcie dzieci. To były drobiazgi: lekko zezował, często się potykał. Gdy miał trzy lata, wymusiłam skierowanie do szpitala okulistycznego. I to gdzie, w Krakowie! Tam był też tomograf z prawdziwego zdarzenia. Lekarze od razu wykryli guza. W mózgu, niedaleko kręgosłupa, był jak jabłko. W Krakowie nakrzyczeli na nas, że późno przychodzimy z małym, że trzeba było wcześniej. Wycięli, ile się dało. Mniej niż pół. Wzroku nie udało się uratować, Dustin jest niewidomy. Jest też upośledzony mentalnie, lekko. Ale nie jest samodzielny.

Pomagasz córce go wychować?

Nie! To ona mi pomaga, ja wychowuję, jestem jego opiekunką prawną. Córka była taka młoda, gdy go urodziła, chciała studiować, pracować, ojciec dziecka uciekł, gdy się dowiedział o problemach chłopca. To częste. Musiałam dać szansę mojej dziewczynce na normalne życie.

Musiałaś?

Chciałam. Poza tym ja tak kocham Dustina! To wspaniały chłopak. Wszyscy go znają, wszędzie go zabieram.

A jego mama?

Mama go odwiedza, czasem go zabiera do siebie, ale on mówi, że woli z babcią, bo jego dom jest u mnie.

Nigdy nie żałujesz, że zdecydowałaś się na to?

Nigdy, bywam oczywiście zmęczona, irytuję się, jestem zbuntowana, chce mi się krzyczeć - głównie dlatego, że czuję czasem ciężar uzależnienia, nie mogę wyskoczyć na weekend, pojechać na wczasy, zwłaszcza za granicę. Dustin jest duży, skończył 20 lat, jednak każdy wyjazd to prawdziwa wyprawa, zwłaszcza że przestrzeń i instytucje nie są przygotowane dla niepełnosprawnych, niewidzących ludzi. A nawet jeśli już pokonamy wszystkie przeszkody, to jest jeszcze

...jedna przeszkoda?

Nie. To moja mama. Ma 90 lat, jest schorowana, niedowidzi, mieszka ze mną.

No ale przecież podróżujesz, ruszasz się, działasz, wszędzie cię pełno. Wypychasz kobiety do Warszawy, na konferencje, zawiozłaś je do Brukseli. Jak to robisz?

Mam przyjaciół, a właściwie przyjaciółki, moje niezbędnice... Na przykład Danusia Tchorowska. Idealnie potrafi zajmować się Dustinem, bierze go na spacery, pomaga mi. Czy wiesz, że ma czerniaka, a poznałyśmy się wśród amazonek? Danusia ma nie tylko pogodę ducha, ale mnóstwo energii, działa, organizuje, pracuje i kocha Dustina.

Tak sobie myślę - jak wyglądałby świat, gdyby nie było kobiet? Kto zajmowałby się chorymi? Opiekował zależnymi, organizował się w grupy pomocy. Bo mężczyźni organizują się głównie w drużyny piłkarskie i partie, nie?

Nie jest równo na tym świecie i właśnie dlatego zostałam pełnomocniczką ds. spraw równego statusu kobiet i mężczyzn.

Stąd się znamy.

Zostałam nią przez przypadek. Wojewoda Stanisław Szatkowski wybrał mnie, bo uznał, że jestem tradycyjną kobietą, matką dzieci, a do tego aktywną. Ale żadną feministką!

Ależ jesteś feministką!

Jestem, ale wtedy o tym nie wiedziałam, wojewoda też nie. Zaczęłam jeździć na konferencje, szkolenia, warsztaty, no i

Otworzyło ci się feministyczne oko!

Tak jakby. Zaczęłam widzieć dyskryminację, nierówności, ''szklany sufit'', domową pracę kobiet, której nikt nie doceniał, nierówność zarobków, a zwłaszcza to, że nie są to jednostkowe przypadki, że tak jest w całej Polsce. Jednym słowem, że nierówność ma charakter strukturalny, polityczny i kulturowy, a nie przypadkowy. Bardzo zaangażowałam się wtedy w zagadnienie przemocy domowej. To był mój temat! Świetnie go znałam. Wiedziałam, że to problem powszechny, ale krępujący. Pamiętam, jak byłam mała, sąsiedzi często mówili o mnie: ''To ta od tego pijaka'', okropnie się wtedy wstydziłam - nie przemocy, ale tego, że oni wiedzą. A teraz już wiedziałam, że trzeba o tym mówić, krzyczeć, przeciwdziałać. Zaczęłam akcje.

Jakie?

Uliczne, organizowałam je razem z policją. Jeździłam po miastach i wystawiałam duże papierowe figury kobiece, co zwracało uwagę ludzi. Podchodzili, czytali historie kobiet ofiar przemocy wypisane na tych figurach, brali ulotki i słuchali nagranych głosów krzyczących: ''Czy tak musi być?!''. Że ''trzeba przerwać przemoc''. Przejechałam tak: Olsztyn, Szczytno, Ostródę, Pasłęk, Braniewo, Elbląg, Ełk i wiele innych miejscowości Widziałaś film ''Pręgi''.

Wstrząsający!

To prawie historia mojej rodziny. Gdy organizowałam jakąś konferencję o przemocy, puszczałam fragmenty i rozmawialiśmy. Po pierwszej wojewódzkiej kampanii kobiety zaczęły się zgłaszać i pomagać, powstawały pierwsze niebieskie karty (zakłada je policja dla ofiar przemocy domowej) w województwie.

No a teraz działasz w Kongresie Kobiet.

Tak. Kongres jest bardzo ważny, to wielka samorządna kobieca i obywatelska Polska.

Co chciałabyś jeszcze zrobić?

To zabrzmi naiwnie, ale chciałabym, żeby każda kobieta zrozumiała, że ma tylko jedno życie i powinna je przeżyć

Godnie?

Nie, nie tylko godnie, raczej fajnie. Cieszyć się nim, odrzucać stereotypy, gdy krępują, próbować różnych ról, wybierać. Niechaj to będzie nawet bardzo tradycyjne życie, byle wybrane, a nie narzucone przez innych. Wolność jest bardzo ważna, bez niej trudno odnaleźć szczęście. No i jeszcze chciałabym powiedzieć jedno: polityka nie gryzie! Polityka rządzi. Jak chcecie zmian, dziewczyny: wolności, równości i szczęścia, to musicie działać, najlepiej - politycznie. Jeśli nie chcemy, by nami rządzili, musimy rządzić same.

Wojowniczo

Nie, nie chcę, żeby ktoś myślał, że ustawiam jakąś walkę płci między rządzącymi mężczyznami a kobietami, którymi oni rządzą. Władza potrzebuje równości.

Na razie z władzą obecną masz niezłe kontakty.

Tak, władza w regionie bardzo mi sprzyja, w ogóle sprzyja kobietom, a może trochę się ich obawia? Marszałek Jacek Protas mówi, że jak się mnie i moich koleżanek nie wpuści drzwiami, to wejdziemy oknem, ale wpuszcza drzwiami i pomaga. Prezydent Elbląga pan Nowaczyk też, bardzo, i nasza kochana posłanka Elżbieta Gellert - też aktywna, pomocna, przychylna, wrażliwa. Z takimi ludźmi można zmieniać świat!

A twoje największe osiągnięcie?

Kiedyś po panelu o przemocy, który prowadziłam na Kongresie Kobiet, przyszła do mnie jakaś pani, ze wsi była, i powiedziała ze łzami w oczach, że dzięki mnie zrozumiała, że kobiety mają godność i powinny jej bronić, że jak wróci do domu, to się temu swojemu bijącemu mężowi przeciwstawi, bo wie, że nie jest już sama, że są inne kobiety, które jej pomogą. Bo jesteśmy razem, solidarne. Czy wiesz, że już przestałam mówić ''ja''? Zawsze mówię ''my''.

*Jadwiga Król, pełnomocniczka ds. równego statusu kobiet i mężczyzn w województwie warmińsko-mazurskim, członkini rady programowej Kongresu Kobiet

Magdalena Środa

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA