DOM RORY

Administrator. Opublikowano w Warto przeczytać

Bić - 'Słownik języka polskiego podaje aż trzynaście znaczeń tego słowa. Tylko cztery z nich nie mają nośnika pejoratywnego. Pozostałe kojarzone są z agresją.

Ręka zaś wg tegoż słownika- to po prostu chwytna część kończyny górnej. Wśród ogromu skojarzeń związanych z nią dominują określenia ciepłe, przyjazne, życzliwe. Czy tak rzeczywiście jest zawsze?

Opowiem wam o domu Rory - dziewczyny, która zaczęła wszystko od początku. Życie jest, toczy się, zawsze toczyło i zawsze toczyć będzie, w swoim niezmiennym rytmie. Jakbyśmy się nie starali, godzina nie będzie mijała wolniej ani szybciej, nie zatrzymamy czasu i go nie cofniemy. Jedyne co nam zostaje... to zapominać... i iść dalej.

Rora - 15 lat. Najlepsze ciuchy. Orientalna uroda.

Rora nie ma: przyjaciół, koleżanek, pasji, z kim pogadać, do kogo się uśmiechnąć, popłakać na czyimś ramieniu czy wreszcie pomilczeć w ciszy - bo cisza dla Rory jest ukojeniem, spokojem, przepustką do krainy marzeń.

Ma za to rodzinę - nierodzinę. Starsze rodzeństwo obarczone własnymi dziećmi, żyje własnymi problemami, we własnych domach.

Ogólnie szanowanego, znanego, bogatego tatę, który na dodatek wygląda jak amant filmowy w dobrym guście.

Rora ma również mamę, która kocim ruchem wysuwa się z ojcowskiego auta w srebrzystej etoli zimą i szalu z kaszmiru letnią porą.

            Ma też dom. Co widziały ściany domu Rory?

ŚCIANA ZACHODNIA - PAN TATA

Cześć. Nazywają mnie po prostu Zachodnia. Gdy moja zewnętrzna elewacja żegna się jeszcze z budyniowatymi zachodami letniego słońca, moja wewnętrzna strona jest w mroku. I w tym mroku obcuje ze swoim równie mrocznym właścicielem. Niezmiennym tak jak ja... od lat. Te same przydeptane kapcie, ta sama rozchełstana koszula, te same szare spodnie od dresu. Tak często jak zmieniają kolor moje lica, na twarzy Pana Taty, można zauważyć uśmiech. Nigdy nie wiadomo z jakiego powodu, tak jak nigdy nie wiadomo kiedy jego mroczne demony dadzą o sobie znać.

Nie jestem od rozumienia czegokolwiek, jestem ścianą.

Nie zastanawiam się, nie oceniam, nie wydaję opinii.

Mam jeszcze ten komfort, że mogę spokojnie obserwować i NIKT O TYM NIE WIE. Może to samo robi mroczny - Pan Tata?

Ale ze mną jest bezpieczniej - stoję mocno i wiem, do czego służę. A Pan Tata?

Pan Tata wali we mnie pięściami, kopie mnie, zrywa ze mnie obrazy, boleśnie wyrywając haki, na których wiszą. Krzyczy, opluwając mnie i własną obnażoną klatkę piersiową. Jeśli szczęśliwie nic ze mnie nie zrywa, to ma zwyczaj rzucać we mnie czym popadnie. Mam na sobie ślady wazonów na kwiaty, popielniczek, zabrudzenia po butach, drobniutkie zacięcia po ukochanych kryształowych kieliszkach Pani Mamy.

Gdyby ktoś mi się przyjrzał wyglądam jak twarz bardzo starego człowieka. Tyle, że mnie nikt nie przygląda się w ten sposób. Temu staremu człowiekowi pewnie też nie.

ŚCIANA POŁUDNIOWA - PANI MAMA

Witam, nazywają mnie Słoneczna. Lubię to imię. Nie podoba mi się natomiast, że na zewnątrz jestem jasna i gorąca a wewnątrz chłodna i odpychająca. Najlepiej znam PANIĄ MAMĘ. Pewnie dlatego, że dba o mój wizerunek zewnętrzny: o kwiaty pnące się po mnie, balustradki i schodki. Zewnętrznie jestem śliczna. We wnętrzu to inna sprawa.

Pani Mama jest taka jak ja... chłodna i odpychająca. Milcząc biega, przeklina pod nosem, nerwowo odgarnia, opadający jej na twarz kosmyk włosów. Rozczochrana, niezadowolona, często ocierała łzy wierzchem dłoni. Spód ma zarezerwowany dla mąki przy pieczeniu ciasta, szczotki do szorowania, ścierki do kurzu, i tylko czasami dla sierści psa.

Bywały lepsze dni... Gdy nikogo nie ma w Domu - Niedomu zostają tak pootwierane drzwi, że widzę Zachodnią. Możemy wtedy razem z Wschodnią i Północną... ODPOCZĄĆ.

ŚCIANA WSCHODNIA - PANI SIOSTRA

Jestem Wschodnia. Ze swojego bycia tu i trwania na Ziemi mam możliwość czerpania nieograniczonej rokoszy z oglądania budzącego się do życia każdego nowego dnia.

To mnie przypadają pierwsze różowo złote promienie słońca. Jakie to dziwne. Nie jestem w ogóle ważna. Jestem, bo spełniam konkretną funkcję między Słoneczną a Zachodnią. Tak jak Pani Siostra. Gdy była małą dziewczynką przytulała do mnie zapłakany policzek... jej łezki były słone... nawet ja to czułam. W końcu obeschły, a gorący policzek schładzał się o mnie. Do tej pory, gdyby ktoś położył na mnie dłoń w tym miejscu z pewnością poczułby różnicę ­JEST CIEPŁE.

Przez miniony czas... długi i ulotny jak nić babiego lata, ogrzał się maleńkim policzkiem, pałającym od niego gorącem... rozpaczy, bólu, lęku, pragnienia miłości i bezpieczeństwa. Nie wierzycie? Spróbujcie komuś wytłumaczyć jak smakuje banan. Sprawdź, czy uwierzy?!

               ŚCIANA PÓŁNOCNA -PAN BRAT                                         .

               Północna - nawet nie wiem dobrze, co to znaczy. Ludziom kojarzy się z czymś zimnym, ciemnym i tajemniczym.. tak jak księżyc - mój kumpel.

Odkąd pamiętam, ciągle mnie przerabiano i formowano według własnych potrzeb. Inicjatorem przebudowania, skracania, poszerzania, zwężania, kucia i innych sztuk był oczywiście Pan Tata.

Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czy to ja jestem taka do niczego, czy Pan Tata nie może się zdecydować jaki mam mieć ostatecznie wygląd. Efekt jest taki, że nie bardzo podobam się sama sobie, a już na pewno nie podobam się Panu Tacie. Zupełnie tak jak Pan Brat. Wschodnia miała lepiej niż ja. Mnie Pan Brat okładał, czym się dało. Zaczynał od małych trzyletnich piąstek, skończył … już nie pamiętam. Tak jak nie pamiętam całego jego arsenału... i dobrze.

PODŁOGA!

Leżę.. po prostu leżę.

Wiem, kto po mnie stąpa. Rozpoznaję leciutkie kroczki, stukania szpilek, kłapanie klapek, dotknięcia sandałów. Wiem, do kogo należą. Wiem, w jakim właściciel jest nastroju. Wiem, kto jest domownikiem, a kto częstym gościem, a kto wpadł na chwilę.

Kroki, kroki, kroki...

Skrzypnięcia, naciski, szurania...

I... kap, kap, kap... wiecie co to?

To małe mokre plamki... łzy Rory...

Czasami wydaje mi się, że całe wiadra morskiej, bo słonej, wody wylewane są na mnie. Choć chyba to nie smak soli. Przewija się w nim gorycz z nutką posmaku rozpaczy, odrobiną żalu i beznadziejności.

Zapach też jest dzienny-niecodzienny, tak dla mnie pachnie lęk, przerażenie, trwoga. Wydaje mi się (bo niby skąd mam to wiedzieć), że to zapach małego dzikiego zwierzaka pozbawionego matki, bezpieczeństwa, opieki złapanego w szpony okrutnego agresora.

A szum morza? To musi być sztorm, jakiś straszliwy, ryczący żywioł, który niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. A potem cisza. I znowu to samo, to samo, to samo... i tak bez końca.

Rysy na mnie zabliźniają się wolniutko. Dla mnie. Szkoda, że nie z prędkością postanowień Pana Taty -" znowu trzeba polakierować podłogę". Czy on nie wie o tym, że nie da się zalakierować wsiąkniętych w moje rany kropli krwi? A może wystarczają mu zachwyty nieczęstych gości, którzy na mnie patrząc zawsze mówią "U was podłoga to jak w muzeum". Ale przecież nawet dom- niedom to nie - MUZEUM.

Gdzie jest początek - gdzie, kiedy w jakich okolicznościach pojawia się ofiara i jej prześladowca?

Gdzie jest środek- kiedy ofiara swój ból, cierpienie, rozpacz zaczyna traktować jako naturalny stan rzeczy. Nie pokazując nic na zewnątrz, wyje w środku z niemym błaganiem o litość i pomoc?

Jaki i czy w ogóle jest koniec?

Jeszcze nie wiem.

Wiem, że idąc swoją drogą, staram się codziennie uczyć zauważać to, co dla oczu jest niewidoczne.

Klara Baryga
Gimnazjum nr 1 w Sanoku

II NAGRODA