Przemoc w szkole, to nie tylko siniaki

"Śmierdzisz, twoja mama mieszka pod mostem"

Na przerwie koledzy podchodzą do Franka i zatykają nos, sugerując, że śmierdzi, na WF-ie nikt nie podaje mu piłki, a na Facebooku go obgadują. To też jest przemoc. Z Joanną Węgrzynowską, psychologiem i trenerką ze stowarzyszenia Bliżej Dziecka, rozmawia Aleksandra Szyłło

Według danych stowarzyszenia Bliżej Dziecka 3 proc. dzieci w polskich podstawówkach i gimnazjach doświadcza przemocy ze strony rówieśników bardzo często, a 8-9 proc. - często. Co się tym dzieciom dzieje?

Zdarzają się np. pobicia, choć przemoc fizyczna to stosunkowo niewielki ułamek problemu. Wielu dorosłym, zarówno nauczycielom, jak i rodzicom, wciąż się wydaje, że skoro dziecko nie ma podbitego oka czy rozbitej głowy, to jaka to przemoc? Może dziecko, narzekając, ''wyolbrzymia'', a sprawa sama jakoś się ułoży? Otóż często najbardziej dotkliwym i wyniszczającym rodzajem przemocy ze strony rówieśników jest przemoc psychiczna.

Jaką formę przybiera przemoc psychiczna?

Zwykle jest to wyśmiewanie, obrażanie, izolowanie, plotkowanie, intrygowanie. Przemoc ma często charakter grupowy. Sprawca lider narzuca swoje pomysły podporządkowanym dzieciom (pomocnikom), np. że od tej chwili do Franka nikt się nie odzywa, nikt nie siada z nim w ławce. Kiedy Franek odpowiada na lekcji przy tablicy, dzieci wybuchają śmiechem lub pokazują obraźliwe gesty. Jeśli Franek nie dosłyszy, co pani dyktuje, i próbuje spytać kolegów, odwracają się od niego. W czasie lekcji krążą po klasie prześmiewcze rysunki o Franku, rzuca się w niego kulkami papieru, resztkami kanapki albo po cichu zadaje pytania typu: ''To prawda, że twoja mama mieszka pod mostem?''.

Powiedzmy ''nie'' przemocy psychicznej

Od Redakcji: razem powiedzmy ''nie'' przemocy psychicznej. Zamiast mówić: ''Nic się nie stało'', powiedzmy: ''Stało się, jak możemy temu zaradzić?''

Przyszła do mnie niedawno pewna sześciolatka cała we łzach i pochlipując, mówi: - Dzisiaj w szkole dwie dziewczynki odgryzły mi guziki od sweterka.

- Jak to odgryzły? - dopytuję, oglądając mankiety, z których smętnie zwisają nitki.

Pięknych, dużych, błyszczących guzików rzeczywiście nie ma.

- No, odgryzły. Najpierw szarpały, a potem odgryzły i pobiegły. Nie wiem, co zrobiły z tymi guzikami. Może gdzieś wyrzuciły, a może wzięły do domu.

Ta sześcioletnia dziewczynka to moja córka, więc ciśnienie mi skacze.

Dopytuję: - Mówiłaś im, że tak nie wolno?

- Mówiłam. Prosiłam, żeby tego nie robiły, kilka razy - popłakuje.

- I co teraz, mamo, zrobimy?

No właśnie, mamo, co ty teraz zrobisz? - pytam siebie.

Mąż-kat dobrze ustawiony. Ofiara się tłumaczy

Wiem, że czekają mnie trudne rozmowy z dziećmi. Podtrzymuję w nich pamięć o wydarzeniach, których były świadkami. O przemocy? Tak, o przemocy

Mamo nie martw się, przyjdę na twój pogrzeb - powiedział pięcioletni syn Ewy, kiedy ta, wyjąc z bólu, leżała skulona pod drzwiami. Niezdarnie próbował zetrzeć z jej twarzy krew. Wtedy Ewa po raz drugi dojrzała do rozwodu. Nie dlatego, że jej mąż, prawnik z tytułem doktora, po raz kolejny złamał jej nos. Dlatego, że wreszcie zrozumiała, co widzi jej syn, usłyszała, co do niej mówi, zobaczyła, że znowu zaczął sikać w majtki.

Cofnijmy się jednak o sześć lat. Jest rok 2006. Pierwsze podejście do rozwodu. Synek ma półtora roku. Mąż znęca się nad nią. Bije i krzyczy, wydziela pieniądze, upokarza. Kiedy Ewa leży w malignie, chora na grypę, nie wzywa pogotowia, mówiąc, że poczeka, aż ona zdechnie. Przemoc się nasila. Mąż bije ją po głowie, łamie nos. Ewa ucieka do Domu Samotnej Matki, do ośrodka dla ofiar przemocy. Zgłasza sprawę do prokuratora. Wnosi pozew o rozwód. Prokurator jest nawet życzliwa. Przekazuje sprawę do sądu. Mija kilka miesięcy. W sądzie sprawa karna i rozwodowa. Prokurator wzywa Ewę na rozmowę. Proponuje, by porozumieć się z mężem i wycofać pozew. Mąż ma w ramach ugody oddać Ewie dwa mieszkania. Ewa się nie zgadza. I z niepokojem się zastanawia, czyj interes reprezentuje prokuratorka - jej, ofiary, która powinna mieć ochronę prawa, czy kolegi prawnika?

- Nie zgadzam się na taki układ! - krzyczy wzburzona. Nie kryje emocji. Prokurator patrzy na nią jak na histeryczkę. - Ale zdaje sobie pani sprawę - prokuratorka idzie za ciosem - że możemy zlecić badania psychiatryczne. Jest pani na nie gotowa?

Nie była. Bała się nierównej walki, niedostatku, samodzielności, która kojarzyła się jej nieodparcie z osamotnieniem. Wyszła za mąż, mając 20 lat, za swojego pierwszego mężczyznę. A poza tym... wie to już po kilku latach terapii, była podręcznikową wręcz ofiarą przemocy. Przyjęła na siebie tę rolę już w rodzinnym domu. Tam też stosowano przemoc. To właśnie przed nią uciekła we wczesne małżeństwo. Wycofała pozew.